25 stycznia 2014

Hej, hej, hej!

Widzę, że zaglądacie jeszcze czasem ;) Zapraszam zajrzyjcie też tutaj http://going-to-love.blogspot.com/  koleżanka bardzo liczy na wejścia, komentarze i wskazówki!
Pozdrawiam ;D

29 sierpnia 2012

Goodbye.

Jak zapowiadałam stworzyłam coś nowego. Mam nadzieję,
 że również się wam spodoba.
 Tak więc wrzucam linka tutaj http://szukajacnas.blogspot.com/
Do zobaczenia znów ;* 



27 sierpnia 2012

Rozdział 26.

- Gosia wiesz co, chyba Simon gdzieś przepadł.- powiadomił mnie Seba kiedy wróciliśmy z Kacprem i Michałem z ostatnich zakupów w wigilię rano.
- Jak to?- zapytałam zdziwiona.
- No nie wiem wołałem go i się nie odzywa przeszukałem cały dom i go nie ma.
- Ok, domyślam się gdzie może być. Zaraz wrócę.
Wyszłam na zewnątrz i poszłam ścieżką w stronę pomostu na jeziorku, na którym spotkał mnie kiedy byliśmy ostatnio w Polsce.
-Co ty tu robisz w taki ziąb?- zapytałam kiedy zobaczyłam go stojącego na pomoście. Tym, na którym spotkaliśmy się dwa tygodnie temu.
- Chciałem trochę pobyć sam.
- To teraz chodź do domu bo zamarzniesz.
- Nie jest wcale tak zimno.- podeszłam do niego i wzięłam go za rękę.
- Nie jest zimno? Twoje ręce chyba mają inne zdanie.- zaśmialiśmy się.
- Ok, chodźmy.- chciałam zabrać moją rękę kiedy ruszyliśmy w stronę domu, ale Simon przytrzymał ją mocniej. Wcale mi to nie przeszkadzało.
- Ej słuchajcie trzeba zrobić jeszcze jeden kurs do sklepu.- powiadomiła nas Lena kiedy tylko weszliśmy do domu.- Jesteście już ubrani, moglibyście pojechać?
- Jasne.- odpowiedziałam, a ona wręczyła nam mega długa listę zakupów i kluczyki do samochodu.
Zakupy poszły nam dość szybko zważając na ruch panujący dzisiaj w Warszawie jak i ilość tego co mieliśmy kupić.
- Idź do domu ja wszystko przyniosę.- powiedział Simon, kiedy zaparkowaliśmy przed garażem.
- Ok.
Wyszliśmy z samochodu, ja skierowałam się do drzwi, a on zaczął otwierać bagażnik. Nie wiele myśląc złapałam w ręke śnieg i rzuciłam w Simona. Wiedziałam, że mi nie daruje.
- Będziesz zaraz pływała w śniegu.- zaczęłam uciekać, ale szybko mnie złapał. Wziął na ręce i położył w śnieg, a ja szybkim ruchem złapałam go za kurtkę i pociągnęłam za sobą. W ten sposób oboje leżeliśmy w śniegu, a dokładniej on na mnie. Położył dłoń na moim policzku i przyciągnął moją twarz do swojej. Po chwili pocałował mnie tak, że zabrakło mi powietrza.
- Ja staram się wszystko zrozumieć, ale jest minus 15 więc może wstaniecie.- tym właśnie tekstem Seba przerwał naszą magiczną chwilę. Zaczęliśmy się śmiać, po czym wstaliśmy i otrzepaliśmy się.
- Ej czy wy przypadkiem się nie rozstaliście?- zapytał Seba kiedy wyjmowaliśmy torby z samochodu.
- My nie jesteśmy razem.- odpowiedzieliśmy z Simonem równo.
- Właśnie widzę.- burknął z łobuzerskim uśmiechem.
Nie wiedziałam czy ktoś oprócz Seby nas widział, a nawet jeśli nie wspominali o tym. Ogólnie cała kolacja wypadła spoko. Zauważyłam, że Simon jako dziwnie się zachowywał i w pewnym momencie poszedł do pokoju.
- Heej, co z tobą?- zapytałam kiedy weszłam za nim.
- Jakoś słabo się czuję, strasznie boli mnie głowa.- podeszłam do niego i położyłam rękę na jego czole.
- Masz gorączkę. Chyba powinniśmy iść do mnie, bo tutaj Mela może się zarazić.
- Chyba masz rację. 
Poszłam powiedzieć o tym reszcie ekipy. Było nam szkoda, że musimy iść, ale nie chcieliśmy ryzykować. Wszyscy zrozumieli naszą decyzję i nie kwestionowali, bo przecież chodziło o zdrowie małej.
- Daj mi kluczyki od samochodu. Ja poprowadzę.- poprosiłam Simona kiedy wyszliśmy już na zewnątrz. Zgodził się bez żadnego gadania, chyba faktycznie musiał bardzo źle się czuć.
- No jak na wigilijny wieczór to tu panuje trochę za duży ruch.- zagadnął Simon kiedy staliśmy w kolejnym korku. 
- Jedni dopiero gdzieś jadą, inni wracają i tak to wygląda. Warszawa jest jednym z najgorszych miast w Europie pod względem zatłoczonych ulic, więc nie ma co się dziwić. 
- Na co dzień jakoś tego nie odczuwam. 
- Nie wiedziałam, że przebywasz na co dzień w Warszawie.- rzuciłam mu ironiczny uśmiech.
- Skup się lepiej na prowadzeniu auta- pouczył mnie.
- No przestań. Przecież jestem sku.....- poczułam wielki wstrząs, w ostatniej chwili dostrzegłam, że wyjechałam prosto pod koła jakiegoś rozpędzonego samochodu. Jeszcze Simon zdążył krzyknąć. 
- Gośka uważaj!!!- ostatnie słowa które usłyszałam. Nie byłam pewna, ale chyba poczułam jak złapał mnie za rękę.
Potem nie poczułam już nic...
***
- Może mi pan wyjaśnić jak to się stało?- próbowałem wyciągnąć jakiekolwiek informacje z policjanta. Bylem cały roztrzęsiony. Nie mogłem uwierzyć w to, że ich już nie ma. Co za cholerna ironia. Przecież jest wigilia. Jak ludzie mogą ginąć w wigilię. 
- Przykro mi, ale my na razie też nic nie wiemy. Proszę jechać do domu, są święta. Będziemy się z państwem kontaktować, kiedy czegoś się dowiemy.
- Co mi teraz z tych świąt? Myśli pan, że będziemy potrafili w jakiś sposób coś świętować? Właśni Bóg udowodnił nam jaką jest miłością. W wigilię zabrał nam najlepszych przyjaciół, kilkadziesiąt kilometrów stąd jest jej mama, która miesiąc temu traciła męża, w Wiedniu są jego rodzice, siostra z malutkim synek, dla których był niesamowitym oparciem, z resztą oboje byli. Jak my teraz mamy im to powiedzieć.- wyrzucałem po kolei nic niewinnemu policjantowi wszytko co przyszło mi na myśl. Łzy bez żadnej kontroli leciały mi po policzkach.
- Michał... odpuść już... To ich nie wskrzesi.- odciągnęła mnie od policjanta Lena i objęła mnie. Ja zacząłem płakać jeszcze bardziej.
- Przecież ja ją kochałem....-wyszeptałem resztkami sił.
- Wiem. Michał, wiemy. Ale my wszyscy też ich kochaliśmy i nam też jest trudno. 
- Przepraszam...
Zaraz podszedł Seba i zabrał nas do samochodu. Razem z Kamilem pojechaliśmy do Kacpra i Marty, którzy zostali w domu. Kiedy weszliśmy siedzieli cali zapłakani. Tak samo jak my. 
Już przyzwyczailiśmy się, że Bóg zabiera ludzi, których kochamy, ale to właśnie oni byli duszą nas wszystkich. Ciało bez duszy nie umie żyć. Więc Boże pytam cię, dlaczego? 
Czego bałem się teraz najbardziej? To nie było ważne. Bez niej nawet strach nie istniał...

 ,,Śmierć jest mi­nimum. Mi­nimum wszys­tkiego. Pod­czas tych godzin, gdy jes­teś tak blis­ko dru­giej oso­by, z dwoj­ga niemal sta­jecie się jed­nym... Mi­nimum... Miłość jest śmier­cią: śmier­cią odrębności, śmier­cią dys­tansu, śmier­cią cza­su. W trzy­maniu się z dziew­czyną za ręce naj­piękniej­sze jest to, że po chwi­li za­pomi­nasz, która ręka jest Two­ja. Za­pomi­nasz, że są dwie, nie jedna.'' 
- Spójrz, co za ironia. My nawet umierając nie puściliśmy swoich rąk....

__________________________________________________________________
Aż coś zaczyna kręcić się w oku, kiedy mam świadomość,
że właśnie zakończyłam historię, tę która była we mnie
prawie rok. Tę którą tworzyłam dla was. Jestem szczęśliwa, że czytaliście. 
BARDZO wam za to dziękuję! ;**
Ale nie rozstaję się z wami na długo, bo chodzi mi po głowe
założenie nowego bloga, z czymś nowym. 
Jeszcze raz dziękuję WAM!
 



 

11 sierpnia 2012

Rozdział 25.

Pół roku później...

- Ona jest taka śliczna i tak maleńka- mówiłam nie mogąc się nadziwić, trzymając w ramionach miesięczną córeczkę Kacpra i Marty.- Szkoda, że muszę już wyjeżdżać...
- Nie musisz.- powiedział stanowczo Kacper.- Nikt ci nie każe uciekać. Sama wybierasz takie rozwiązanie. Możesz zostać. Masz jeszcze prawie tydzień, ale przez to, że przyjeżdża Simon ty uciekasz... Gdzie się podziała prawdziwa ty, która stawiała czoła wszystkim przeciwnościom? Teraz po prostu tchórzysz przy każdej okazji.
- Dzięki Kacper nie ma to jak wsparcie.
- A czego ty się spodziewasz do cholery?! Że pogłaszczę cie po główce i pochwalę to co robisz? Nie każę ci z nim być, ale porozmawiaj, nie uciekaj. Nawet nie spróbujesz...
- Ok. Proszę bardzo. Zostanę, ale że będę z nim rozmawiać nie obiecuję.
- Chociaż to...
Nie byłam tego pewna, najchętniej bym stąd wyjechała i nigdy więcej nie spotkała się z Simonem, ale Kacper miał rację. On był dla mnie jak brat, zawsze go słuchałam, zawsze miał dobre rady. I jeszcze ta maleńka dziewczynka, która patrzyła na mnie tymi wielkimi oczkami nie pozwalała mi na wahanie. To było niesamowite, że taki mały człowiek miał taką moc.
Wyszłam na zewnątrz. Rodzice Kacpra zrobili mu naprawdę świetny prezent kupując dom z mega ogrodem i jeziorkiem. Było tu naprawdę pięknie. Przeszłam się po ogrodzie i usiadłam na małym pomoście na jeziorku. Było tu spokojnie i cicho. Mimo niskiej temperatury było mi tam dobrze. Można było pomyśleć, a akurat ja miałam o czym myśleć. Zastanawiałam się, jak to będzie kiedy wrócę do Wiednia. W Stanford było ok, ale to nie to samo. Nie było tam przyjaciół no może poza Charliem, tym który prowadził nasz kurs przygotowawczy. Brakowało mi też tego, że wracam do domu i ktoś tam na mnie czeka. Chociaż to w Wiedniu też by się nie zmieniło.
- Cześć.- chciałam się obejrzeć, ale i tak wiedziałam kto to, więc nie było potrzeby.
- Cześć.
- Mogę dołączyć?
- Jasne.
- Co u ciebie? Jak tam na Stanford?
- Wszystko ok. W szpitalu mają tam świetny oddział psychiatrii, a w tym terapię dla samobójców.
- Tam też prowadzisz terapię?
- Nie, tam to ja chodziłam na terapię.
- Dlaczego? Chyba nie...
- Nie. po prostu uznałam, że miałeś rację i powinnam.
- Aha. A co zamierzasz zrobić? Dotrzymasz obietnicy? Wrócisz?
- No jasne. Dotrzymuje danego słowa.
I tak właśnie skończyła się nasza spokojna rozmowa, bo jakiś kobiecy, kompletnie nie znany mi głos zaczął wołać Simona.
- Przyjechała ze mną koleżanka. Nie wiedziałem, że będziesz.
- Jasne, nie ma sprawy. Odeszłam pół roku temu bez słowa, nie dziwię się, że sobie kogoś znalazłeś.- wymusiłam na twarzy uśmiech.
- Ale...
- Naprawdę wszystko ok.
- Napewno?
- Tak.
- To ja już pójdę. Trzymaj się.
Nie wierzyłam w to. Pozwoliłam na to, ale nie miałam co się dziwić. Pozwoliłam na to. Do cholery dlaczego ja na to pozwoliłam. Przecież cały ten czas go kochałam. Cały czas, co raz bardziej. A teraz on kogoś ma i tyle z mojej  miłości.
- Tego właśnie chciałeś? O tym miałam się przekonać?- zaczęłam wyrzucać Kacprowi kiedy tylko zostalimy sami.
- Myślisz, ze o tym wiedziałem? Dlaczego wcześniej nie chciałaś z nim rozmawiać jak cały czas go kochasz?
- Nie chciałam psuć mu życia.
- No tak... Te twoje...
- Kacper!-przerwałam mu- Zrozumiałam ok? Teraz już chyba naprawdę nic tu po mnie.
- Jak chcesz... Myślałem, że zostaniesz jeszcze trochę z nami, z Melą, bez względu na Simona...
- Chciałabym, ale chciałabym szybciej pojechać do Wiednia.
- Do Wiednia? Po co?
- Żeby poszukać mieszkania. Wracam. Wystarczy mi już Ameryki.
- Serio? To świetnie.- wyraźnie się ucieszył.
- Myślałam, że zaraz będziesz miał mi za złe, że chce wrócić.
- Zrobiłaś wszystko tak jak powinnaś. Spróbowałaś, wolisz Wiedeń, ok. Dla nas lepiej, bo jesteś bliżej.- przytuliłam się do niego i poszłam do pokoju spakować swoje rzeczy.
- Proszę- powiedziałam kiedy ktoś zapukał do drzwi. To był Simon.
- Słyszałem, że już wyjeżdżasz...
- Tak muszę jeszcze załatwić parę rzeczy.
- Rozumiem.- rozmowa widocznie się nie kleiła, więc postanowiłam zaryzykować.
- Mogę o coś zapytać- twierdząco pokiwał głową- Tak po prostu po tym co się stało nie szukałeś mnie? Pozwoliłeś mi tak zwyczajnie odejść?
-Chciałbym.... Przetrząsnąłem całe miasto, kiedy w końcu po kilku tygodniach udało mi się uzyskać informację z uniwersytetu, że jednak pojechałaś na stypendium ruszyłem za tobą. Chciałem z tobą porozmawiać, ale zobaczyłem cię wychodzącą z uczelni w świetnym humorze z grupką osób i facetem wyraźnie adorującym cię, stchórzyłem. Postanowiłem się usunąć.
Widocznie nie tylko ja jestem tchórzem jak mówił mój najlepszy przyjaciel.
- Ale chyba wyszło ci to na dobre.- odwróciłam się od niego, żeby nie widział łez napływających mi do oczu.- Cieszę się, że ułożyłeś sobie życie.
- Naprawdę?
- Tak- prawie złamał mi się głos, ale łzy coraz trudniej było zatamować. Jedna już poleciała mi po policzku.
- To dlaczego teraz płaczesz?- wstał i podszedł do mnie niebezpiecznie blisko.
- Wcale nie płacze tylko...
- Eej Gosia co się dzieje?
- Zostaw mnie samą.
- Gosia...-wyciągną rękę, ale ja odsunęłam się.
- Proszę wyjdź.
- Jak chcesz...- z wielkim wahaniem odwrócił się i wyszedł.
Szybko ogarnęłam się i poszłam pożegnać ze wszystkimi. Nie pozwolili mi się jeszcze nigdzie ruszyć. Wyciągnęli ze mnie, że samolot mam dopiero o 22, więc Kacper powiedział, że zawiezie mnie później na lotnisko.
- Ej wiecie co, może to trochę tak na wariata, ale spędźmy święta wszyscy razem, całą ekipą.- zaczęła Marta.- Może nie całe święta, ale Wigilia, i potem pierwszy dzień świat. Byłoby super. Co myślicie?
- Ja się pisze jak najbardziej. Mama i tak ma już jakieś plany...- od razu zgodziłam się na ten pomysł.
- My chyba też chętnie skorzystamy z zaproszenia.- kiedy Simon powiedział 'my' od razu coś mnie tknęło, jakby gdzieś w środku coś zabolało.
- To świetnie! Michał też będzie i Sebek z Leną, Aga niestety nie może, ale może jakoś sobie poradzimy.
- Ok. Super. Ja już naprawdę muszę lecieć, bo zaraz się spóźnię.
- Dobra, dobra jedźmy już.
Kacper poszedł po walizkę, a ja zostałam pożegnać się z Martą i chcąc, nie chcąc Simonem...
- Aż tak bardzo cie ciągnie do tych Stanów?- zapytał kiedy odsunęliśmy się od siebie z ''pożegnalnego'' uścisku.
- Nie lecę do Stanów tylko do Wiednia.- powiedziałam szybko.
- Co?
- Wracam do Wiednia, bo tam było lepiej. Teraz muszę tylko znaleźć mieszkanie. Do Stanów już się nie wybieram.
- A gdzie się teraz zatrzymasz?
- W hotelu.
- To bez sensu. Trzymaj- podał mi klucze do naszego mieszkania, to znaczy jego mieszkania.- nie będziesz się szlajała po hotelach.
- Dzięki, nie trzeba, poradzę sobie.
- No przestań. Ja i tak wracam dopiero za dwa dni, ale możesz zostać ile będziesz chciała. Bierz.- wyciągnął rękę z kluczami.
 - No ok, ale klucze mi nie potrzebne, jeszcze mam swoje.- zaśmiałam się, jak i reszta oprócz koleżanki Simona, która nie znała polskiego- Musimy już iść. Pa.
Kiedy wylądowałam w Wiedniu pojechałam prosto do domu. Było już późno, więc od razu położyłam się spać. W naszej byłej sypialni. Wolałam nie myśleć kto po mnie spał w tym łóżku. Byłam zmęczona, więc usnęłam szybko. Kiedy rano obudziłam się poszłam do kuchni i zrobiłam sobie kawę. Postanowiłam trochę rozejrzeć się po mieszkaniu, zobaczyć co się zmieniło. Ku mojemu zaskoczeniu praktycznie wszystko było tak jak kiedyś. Nadal stały na półkach nasze wspólne zdjęcia, nie było widać żadnych rzeczy jego nowej przyjaciółki. Mimo to wiedziałem, że już trochę za późno. Nie chciałam bezczynnie siedzieć i postanowiłam wyjść na miasto i poszukać jakiegoś mieszkania. Wszystko byłoby ok, gdyby nie te ceny. Znalazłam kilka ofert, które mi się podobały, ale zawsze coś nie wypaliło, albo w mieszkaniu coś było nie tak, albo koszty były zbyt wielkie. Wróciłam wieczorem wykończona. Nie miałam na nic siły, więc wzięłam tylko kąpiel i usnęłam.
Rano obudził mnie mega zapach kawy. Znaczyło to, że Simon już przyjechał.
- Śniadanie do łóżka podano.- zakomunikował Simon wchodzący do sypialni z tacą ze śniadaniem.
- No nie wierzę. Która godzina?
- Parę minut po jedenastej.
- Jeju nieee. Zaraz będę musiała wychodzić. O 13 mam spotkanie.
- Najpierw jedz.- powiedział stawiając tacę na łóżku.
- Oooo kawaa!- wzięłam do ręki filiżankę i napiłam się. Tak pyszną kawę piłam ostatni raz właśnie tutaj.- Mmmm... jest pyszna. Przepraszam, ale kawa mi wystarczy, nie jestem głodna.
- Na pewno nie wypuszczę cię bez śniadania. 
Jeju, jak on na mnie działał kiedy się tak o mnie troszczył. Najchętniej zostałabym tutaj całe życie, ale niestety tak się nie dało.
- No ok, ale może ja wstanę i się ogarnę i zjemy razem w kuchni?
- Jak sobie życzysz- uśmiechnął się łobuzersko.
Więc jak powiedziałam, wstałam i szybko ubrałam się. Miałam straszniee rozczochrane włosy, ale nie chciało mi się nic z nimi robić.
- Mam nadzieję, że szybko coś znajdę i nie będę musiała siedzieć ci na głowie.
- Eej mówiłem, że możesz tu zostać ile będziesz chciała.
- No tak, ale mi jest tak niezręcznie. Masz swoje życie, a ja zajmuję ci tylko dom i jeszcze do tego śpię w twoim łóżku.
- Jeszcze nie dawno to było nasze łózko,- powiedział trochę przybity- ale nie martw się kanapa też jest bardzo wygodna.
- Tak, z pewnością. Ok, dzięki za śniadanie i w ogóle wszystko. Muszę lecieć. Pa.- ruszyłam do drzwi, ale Simon mnie zatrzymał.
- Gosia...
- Tak?
- Nie ważne... Leć, bo się spóźnisz. Zobaczymy się wieczorem.
Najpierw pojechałam na uczelnię, gdzie załatwiłam ostatnie sprawy związane z moim przeniesieniem. Później spotkałam się z kolejnymi ludźmi w sprawie mieszkania, ale znów nic z tego. Wróciłam do domu zła, bo znów spędziłam cały dzień na szukaniu i nic
- Cześć. Jak tam?- zapytał Simon kiedy wróciłam.
- Hej. Zmarnowałam cały dzień i nic nie znalazłam. Chyba będę musiała zamieszkać w akademiku.
- Chyba żartujesz. Równie dobrze oboje możemy zamieszkać tutaj.
- No i co jeszcze? A jak będziesz chciał zaprosić kogoś do domu to co wtedy?- uśmiechnęłam się.
- Jakoś sobie poradzimy.
- Nie no nawet nie ma mowy. Już wolę mieszkać w akademiku.
- Aż tak ci się tu nie podoba? Kiedyś lubiłaś to mieszkanie...
- Uwielbiam to mieszkanie, ale nie do tego stopnia, żeby siedzieć ci na głowie.
- Nie puszczę cię do akademika.
- Zobaczymy...
- No ok zobaczymy.- Simon wyraźnie podjął rzuconą rękawice. Wyraził to błysk w jego oku. Wiedziałam, że nie da za wygraną i nie pozwoli mi zamieszkać w akademiku, ale ja zamierzałam znaleźć mieszkanie. To był teraz dla mnie priorytet.
- To może jakaś kolacja?- zaproponował Simon.
- Co proponujesz?
- Usiądź sobie i odpocznij, a ja coś ugotuję.
- To ja ci pomogę.
- Ok. Chodźmy.
Ruszyliśmy do kuchni i zaczęliśmy robić naleśniki. Przy mieszaniu wszystkich składników kiedy odwróciłam się na chwilę Simon rzucił we mnie mąką. Myślałam, że go zabiję, ale nie byłabym sobą gdybym mu nie oddała.
- O tyy.- nie mogłam mu tego darować.
- Noo dawaj.- jeszcze mnie nakręcał.
Jak dzicy zaczęliśmy rzucać się mąką. kuchnia wyglądała tragicznie tak jak my.
- Ej ok, koniec już.- zaprzestałam tej zabawie pustoszącej wszystko wokół.
- Ok.- zaśmiał się.- Masz mąkę na twarzy.-podniósł rękę i kciukiem starł proszek z mojego policzka. Spojrzał mi w oczy i podszedł krok bliżej. Jego ręka cały czas spoczywała na mojej twarzy. Zaczął jeździć kciukiem po moim policzku, a mnie przy każdym jego ruchu przechodził dreszcz. Przybliżał się coraz bardziej do moich ust. Nie mogłam pozwolić na to żeby mnie pocałował.
- Simon...- odsunęłam się.
- Jasne, przepraszam.- zmierzwił włosy wyraźnie zawstydzony. Na szczęście mnie z tej niezręcznej sytuacji wybawił telefon.
Ten telefon był chyba najszczęśliwszy ze wszystkich. Zadzwonił jeden z ludzi z którymi spotkałam się w sprawie mieszkania żeby powiedzieć mi, że jest skłonny obniżyć cenę i wynająć mi lokum. Byłam bardzo zadowolona.
- Mam mieszkanie!- ekscytowałam się kiedy już zakończyłam rozmowę.
- Fajnie.- wybąknął Simon nie odrywając się od smażenia naleśników.
- Ej! Powinieneś się cieszyć, nie będziesz musiał spać na kanapie.
- A ja już zdążyłem się pogodzić z tą myślą.- zaśmialiśmy się. Widziałam, że nie był zadowolony, ale nie chciałam komplikować życia nam obojgu.   
Po zjedzeniu kolacji poszłam się wykąpać, a Simon sprzątał po naszej ''bitwie'' mąką. Dobrze, że to mieszkanie jednak znalazło się tak szybko, bo po kilku dniach mogłabym przyzwyczaić się do takiej codzienności.
Chciałabym odciąć się od niego. Móc poukładać sobie życie, przestać go kochać. Wszytko byłoby ok, gdyby nie fakt, że moje nowe mieszkanie jest w tym samym bloku co mieszkanie Anny...

,,[...]praw­dzi­wa miłość jest zaw­sze chaotyczna. Gu­bisz się, tra­cisz trzeźwy osąd. Nie umiesz się bro­nić. Im większa miłość, tym większy chaos.'' 




06 sierpnia 2012

Rozdział 24.

W szpitalu było sporo zamieszania. Ludzie musieli przesiadywać po godzinach. Ciężko było we wszystkim się połapać.
- Gosia mogę cię na chwilę prosić?- zagadnął dyrektor. Nie miałam okazji z nim rozmawiać wiele razy ale był to bardzo miły facet.- Chciałbym zaproponować pani, żeby przejęła pani jedną z terapii, które organizuje nasz szpital.
- Terapii? Ale czy nie powinien tego robić psychiatra ?- zapytałam próbując się wykręcić.
- Nie miała pani kursów z psychiatrii? Chodzi tu po prostu o poprowadzenie psychoterapii dla jednej z grup.
- Tak miałam, ale nie wiem czy to wystarczy, psychoterapia to poważna sprawa, nie chciałabym, żeby coś poszło nie tak.
- Na pewno pani sobie poradzi. Wie pani, że wiem co się stało kiedy była pani w Warszawie, po śmierci pani ojca. Liczę na panią, chciałbym, żeby te zajęcia poprowadził ktoś doświadczony...
- Czyli chodzi o terapię z... samobójcami?- po wypowiedzeniu ostatniego słowa czułam jakbym w brzuchu miała wielką gulę.
- Tak. Zgadza się pani?
- No chyba nie mam wyjścia. Spróbuję.
- Będę pani wdzięczny. Proszę,- wręczył mi plik papierów- to cały program, gdyby miała pani jeszcze jakieś pytania to proszę przyjść, pytać. Muszę już uciekać. Powodzenia.
- Dziękuję.
- Proszę się nie denerwować, poradzi sobie pani.- dodał odchodząc.
Cholera. Dlaczego ci wszyscy ludzie tak we mnie wierzą. Nie jestem jakimś robotem, też mam uczucia. A tak naprawdę w tym wszystkim nie chodziło o mnie. Bałam się, że zawiodę wszystkich, że zawiodę przede wszystkim Simona, rodziców, małego Felixa, dyrektora szpital, ekipę i tych wszystkich, którzy pojawią się na tej terapii. Bałam się, ale nie chciałam być słaba.
Z papierów, które dostałam od dyrektora dowiedziałam się, że ludzie, którzy będą uczęszczali na moją terapię są poniżej 18 roku życia. Mam prowadzić z nimi terapię grupową, ale też spotykać się z każdym oddzielnie. Tak więc zajmie to praktycznie cały mój czas. Na szczęście miałam już wizję jak to zrobić. Najgorsze było to, że miałam zacząć za 15 minut.
Wjechałam windą na wyższe piętro, na którym mieścił się oddział psychiatrii dzieci i młodzieży. Weszłam do sali i zamarłam. Wszyscy siedzieli już na krzesłach ustawionych pod ścianą. Było to 8 osób. Z papierów wiedziałam, że mają od 15 do 17 lat.
- Cześć- przywitałam się całkiem nieoficjalnie, żeby ich do siebie nie zrazić.- Nazywam się Małgosia i będę prowadziła z wami zajęcia. Proszę was usiądźcie w kole.- młodzież wykonała moje polecenie.
- Chciałabym bez zbędnych ceremoniałów. Wiem, że wszystkich was los doświadczył za bardzo i nie dane wam było przeżywać normalne dzieciństwo i pewnie myślicie sobie, że przyszła do was jakaś lekarka, która nie ma pojęcia co mówi, wszystko wyczytała z poradników, ale uwierzcie mi tak nie jest.- patrzyłam na twarze wszystkich po kolei. Jedni z nich patrzyli na mnie, drudzy siedzieli ze spuszczoną głową. Wiedziałam, że będzie trudno. Zaczęłam znowu.
- Na początek, żebyście lepiej mnie poznali przedstawię wam moją historię. Tak więc pochodzę z Polski. Jestem studentką medycyny. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce od kilku lat byłam z pewnym chłopakiem i kiedyś jak jechaliśmy samochodem wjechał w nas pijany kierowca, który zginął na miejscu, ja byłam w ciężkim stanie, mój facet praktycznie bez szwanku. I uciekł zostawił mnie na tej ulicy umierającą. Jakimś cudem wszyscy myśleli, że on nie żyje. Kiedy wybudzono mnie ze śpiączki po kilku miesiącach byłam załamana, ale dostałam stypendium w Innsbrucku, dla mnie jakby nowe życie. Poznałam dziewczynę, która jest teraz moją przyjaciółką i od razu pierwszego dnia uratowałam życie mężczyźnie z którym teraz jestem. Kiedy w ostatnie walentynki wybraliśmy się do Londynu spotkaliśmy tam nie kogo innego jak mojego byłego. Tak,- powiedziałam widząc pytające spojrzenia zebranych- tego który zostawił mnie tam na tej drodze. Zaakceptowałam, bo wtedy miałam już nowe szczęście. Później przeniosłam się tutaj i jestem nadal. Tu dostałam stypendium na Stanford. Kiedy miesiąc temu wróciłam do Warszawy z kursu przygotowawczego moi przyjaciele oznajmili mi, że mój ojciec nie żyje. Wtedy przeżywałam też kryzys w związku, ale mój chłopak był przy mnie. Chcieliśmy zostać kilka dni w Warszawie, pewnego dnia byłam sama w mieszkaniu zadzwonił lekarz mojego ojca i powiedział, że miał on raka mózgu. Wyobraźcie sobie co dla lekarza może znaczyć, że nie zauważył tego, że nie widział co dzieje się z osobą, którą kocha się nad życie. Niewiele myśląc poszłam do łazienki, spojrzałam na moje odbicie w lustrze, nie mogłam na siebie patrzeć. Wzięłam je i rozbiłam. Z apteczki wyciągnęłam pierwsze lepsze tabletki. Całe pudełko wzięłam do ust i popiłam whisky, a to- podwinęłam rękaw i pokazałam im blizny sięgające prawie do łokcia- zrobiłam odłamkami lustra. W porę znalazł mnie chłopak. Byłam jeszcze w miarę poczytalna i kiedy zobaczyłam w jego oczach ten ból od razu wiedziałam jaką głupotę zrobiłam. Uratowali mnie. I teraz stoję tu przed wami. Chciałabym, żeby wszyscy podzielili się ze mną swoją historią na spotkaniach indywidualnych.
- I teraz jest pani szczęśliwa, że panią uratowali?- zapytał pewien chłopiec.
- Tak jestem. Ale jeszcze bardziej jestem szczęśliwa z tego, ze mam przy sobie takich wspaniałych ludzi, którzy mimo tego, że ich zawiodłam cały czas ze mną są. A przy okazji mówcie mi po imieniu. Myślałam, że nie wyglądam staro. Naprawdę nie jestem dużo od was starsza.
Na twarzy jednej czy dwóch osób można było dostrzec cień uśmiechu.
-  Słuchajcie, ja dobrze wiem ile wysiłku będzie potrzeba, aby wydusić z niektórych z was choćby słowo. Jak ciężko będzie zobaczyć na waszych twarzach entuzjazm, ale postaram się do tego doprowadzić, bo sama dobrze wiem, że nie warto niszczyć obie życia, bo wszystkie przeciwności są do pokonania. Teraz proszę was tylko żebyście powiedzieli woje imię. Zacznijmy od ciebie.- wskazałam na dziewczynę siedzącą praktycznie przez cały czas ze spuszczoną głową. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie. Oczy miała dość zaczerwienione, podejrzewałam , że mogła brać narkotyki.
- Matylda.- powiedziała z Polskim akcentem, nie odrywając wzroku od moich oczu.
- Jesteś Polką?- zapytałam w naszym języku. Potwierdziła skinieniem głowy. Nie zaniedbując reszty przeszłam dalej. Każdy z uczestników przedstawił się.
- Teraz poproszę was żebyście wyszli na korytarz i tam poczekali na waszą kolej. Będziecie przychodzić do mnie po kolei zaczynając od ciebie- wskazałam na Petera, który siedział obok Matyldy. Dłonią wskazałam kolejność w jakiej będą się u mnie zjawiać, tak aby moja rodaczka była ostatnia.- a kończąc na tobie.
Wysłuchując wszystkich nie było łatwo. Wszystko zaczynało wracać. Może nie jestem jednak taka silna jak mi się wydawało. Po wszystkich spotkaniach chciałam pobyć sama, pomyśleć. Zostałam w gabinecie i podeszłam do okna. Miałam nadzieję zobaczyć tętniący życiem Wiedeń, a zobaczyłam szpitalny park, w którym pełno było pacjentów, ponieważ pogoda była dosyć ładna.Czy nie tego właśnie chciałam....? Od dziecka marzyłam żeby przesiadywać w szpitalu, leczyć kolejnych ludzi, szukać nowych przypadków, a później wracać do kochającego mężczyzny, lub czekać na niego w naszym wspólnym domu. 
- Cześć.- wchodzący do pomieszczenia Simon wyrwał mnie z zamyślenia. 
- Co ty tutaj robisz? 
- Zacząłem się martwić, bo powinnaś być w domu 3 godziny temu. Dlaczego mi nic nie powiedziałaś ? 
- Dowiedziałam się o tym rano, a później nie miałam nawet chwili żeby do cb zadzwonić.- wyjaśniłam szybko, ale widziałam, że jest zły.
- Nie powinnaś się na to godzić. To dla ciebie....
- No czym to dla mnie jest? Wiem, że we mnie nie wierzysz, ale musiałam to zrobić. Tym ludziom trzeba pomóc!
- To wcale nie tak. Boje się o ciebie, zrozum!
- Boisz się o mnie, bo myślisz, że jestem za słaba, że zrobię to znowu...
- Pomyśl co stałoby się gdyby ktoś się o tym dowiedział....
- Ach, no tak! Jak mogłam na to nie wpaść. Jakaż byłaby to plama na nazwisku wielkich prawników, gdyby dowiedziano się, że jestem samobójczynią. Ale spokojnie, już nie musisz się martwić..-po tych słowach wybiegłam z gabinetu i z impetem trzasnęłam drzwiami. Nie jestem pewna czy zdawałam sobie sprawę co zrobiłam... Co oboje zrobiliśmy. Ale nie wyszedł za mną. 
Cała w nerwach pojechałam do domu. Wyciągnęłam z szafy moją walizkę i wpakowałam w nią wszystkie ubrania. Zabrałam wszystkie kosmetyki, biżuterię i wyszłam. Gdzie poszłam? Prosto na lotnisko wsiadłam w najbliższy samolot do Nowego Yorku i chyba tak właśnie zakończyłam moją wiedeńską przygodę...
''Będę cię kochać do końca życia. A jeżeli jest coś po­tem, będę cię kochać także po śmier­ci. Czy mnie rozumiesz?'' 

05 lipca 2012

Rozdział 23.

W końcu wyszłam z tego cholernego szpitala. Chciałam wrócić do Wiednia i tam trochę popracować, jak na ironię- w szpitalu. Naprawdę coraz bardziej rozumiem ludzi, którzy ciągle narzekają leżąc w szpitalu. Mimo wszystko jako lekarz, czy jeszcze nie lekarz, ale stażysta uwielbiam tam chodzić. Uznaliśmy z Simonem, że nie będziemy wspominać o wydarzeniach z Polski. Jego rodzice wiedzieli o tym, ale również nie chcieli o tym rozmawiać. W pełni mnie rozumieli. Poza tym strasznie tęskniłam za tatą, a to tylko przysparzało bólu.
Po kilku dniach byliśmy już w Wiedniu  i poszłam na kilka godzin do pracy, żeby pomóc chociaż trochę. Trafił mi się tragiczny przypadek. Mężczyzna wyszedł na pasy przed rozpędzony samochód, cały się roztrzaskał. Nie był przytomny, nie było wiadomo czy przeżyje. Zaraz za karetką przyjechała roztrzęsiona towarzyszka mężczyzny. Miałam ją zabrać do gabinetu pielęgniarek, dać coś na uspokojenie i przeprowadzić wywiad co do tożsamości pacjenta.
- Naprawdę proszę się nie denerwować, wszystko będzie dobrze. Jest pani kimś z rodziny?
- Nie.
- Więc nie możemy udzielać pani żadnych informacji o stanie zdrowia pacjenta.
- Ale ja jestem jego... przyjaciółką.
- Możemy udzielać informacje tylko najbliższej rodzinie, przykro mi.
- Jestem jego kochanką, to chciał pani usłyszeć?- powiedziała desperacko kobieta.
- Nie... Ja po prostu... Przepraszam.
- Nie szkodzi.- zaczęła żwawo kobieta- Sama zdecydowałam się na to żeby ludzie na mnie krzywo patrzyli, bo kocham żonatego faceta, ale nie umiem nad tym zapanować.
- Rozumiem, proszę tutaj zaczekać, ja na chwilę muszę wyjść. Wrócę zaraz.
Wyszłam rozmyślając nad tym co powiedziała mi ta kobieta.
- Nie, wcale tego nie rozumiem- pomyślałam.
Nie zastanawiałam się nad tym, czy naprawdę kocha tego mężczyznę czy nie, ale mimo to dziwiła mnie. Zastanawiałam się jak można tak żyć. Nigdy nie chciałabym czegoś takiego doświadczyć, ale byłam pewna, że nie jestem zdolna do tego żeby rozbijać czyjeś małżeństwo.
Poszłam do ratowników, którzy przywieźli tego mężczyznę zapytać, czy nie miał przy sobie jakich dokumentów. Dostałam od nich jego dowód osobisty i prawo jazdy. Wracając do pokoju usłyszałam jak pewna kobieta pyta recepcjonistkę o ofiarę wypadku.
- Przepraszam, czy chodzi pani o mężczyznę przywiezionego około godziny temu z wypadku samochodowego?
- Tak, to mój mąż gdzie on teraz jest?
- W tym momencie jest na bloku operacyjnym.
- Czy stało mu się coś poważnego?
- Ma poważne obrażenia wewnętrzne i uraz głowy, prozę przejść pod blok operacyjny numer 3, zaprowadzę tam panią. Pielęgniarki, które będą tam chodziły powinny pani powiedzieć więcej. Proszę za mną.
Kobieta odwróciła się za siebie.
-  Chodźcie. - po tych słowach dwie około 3-letnie dziewczynki wstały z krzeseł i podążyły do kobiety.
- Przepraszam, nie miałam z kim zostawić dzieci.
- Nic nie szkodzi. To państwa dzieci? Bliźniaczki?- zapytałam z wymuszonym uśmiechem, ale nie chciałam usłyszeć odpowiedzi na moje pytanie.
- Tak. Urodziły się niedługo po naszym ślubie. Są oczkiem w głowie mojego męża.
Kobieta mówiła o tym z takim przejęciem. Widziałam jaką są udaną rodziną, ale wynika z tego, że tylko na pozór. Odprowadziłam kobietę pod blok, a sama wróciłam do pokoju.
- Naprawdę pani tak potrafi, bo ja nie umiałabym rozbijać rodziny- nie wytrzymałam i wyrzuciłam to z siebie od razu, wchodząc.
- Wiem, wydaje się pani, że jestem ostatnią szmatą, ale ja go kocham, on jest dla mnie wszystkim.- mówiła ze skruchą.
- Ale powinna się pani pogodzić z tym, że on pani nie wybrał. On ma trzyletnie dzieci! Nie wiem, czy cokolwiek jest warte zabierać tym dziewczynkom dzieciństwo, zabierać im ojca. Oczywiście zrobi pani jak pani zechce, ale proszę się zastanowić, czy warto rozdzielać kochających się ludzi.
- Przepraszam- usłyszałam pukanie do drzwi i znajomy głos.- Mogę Cię na chwilę prosić?
Co za świetne wyczucie. Michał, jak on miał czelność tutaj przychodzić. Naprawdę byłam pełna podziwu jego odwagi. Gdyby Simon go tu zobaczył wątpię żeby coś z niego zostało.
- Nie mogę teraz, pracuję.
- Dwie minuty rozmowy. Chwila, dosłownie. Proszę.- zawahałam się. Widziałam bardzo dobrze, że mogę z nim porozmawiać, ale nie chciałam tego. Nie miałam w ogóle pojęcia co on tutaj robi, dlaczego nie jest u siebie w Londynie. Tymczasem Michał zwrócił się do kobiety, która siedziała ze mną w pokoju.- Proszę jej słuchać, ona wie co mówi.
- Widzę, że świetnie słyszałeś naszą rozmowę, więc sam się do tego zastosuj! W sam raz dla ciebie.- jego mina bardzo zrzedła. Trochę głupio było mi po tych słowach, ale musiałam na to jakoś reagować.- Około 16 będę z Felixem w parku, przyjdź, porozmawiamy.
- Ok. Do widzenia.
Byłam na niego zła. Traktuje mnie jak jakąś nagrodę, o którą muszą się z Simonem starać. Naprawdę mnie to dobija. Chcę się z nim przyjaźnić, ale chwilami po prostu się nie da. Bądź, co bądź przyjaźń z kimś z kim było się przez kilka lat, z kim przeżyło się pierwszy prawdziwy pocałunek, pierwszy raz, z kimś, z kim przeżywało się najpiękniejsze i najczarniejsze momenty swojego życia. Tego nie da się tak po prostu wymazać, wyrzucić w niepamięć.
- To ktoś ważny, prawda?- zapytał znienacka kobieta.
- To mój przyjaciel... z którym byłam sześć lat.
- To tylko przyjaciel? Po tylu latach związku?
- To nie takie proste...
- Trochę dłużej żyję na tym świecie i wiele rzeczy widziałam.
- Kiedy mieliśmy wypadek samochodowy, straciłam przytomność, leżałam na ulicy, umierałam tam, a on po prostu stchórzył i uciekł. Wszyscy myśleli, że nie przeżył, że zaginął, a po pół roku spotkałam go w Londynie. Nie umiem mu tego wybaczyć, mogę się z nim przyjaźnić, ale nie umiałabym znów z nim być.
- Przepraszam... Nie powinnam się wtrącać.
- Nie szkodzi. Ja wtrąciłam się w pani sprawy, oceniałam panią, proszę teraz pani ma wolną rękę.
- Nie umiem powiedzieć co ja bym zrobiła, bo nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Gdyby nie ukrywał się gdzieś po świcie myślę, że wybaczyłabym. A mam pani dzieci? Kto to jest Felix?
- To syn siostry mojego chłopaka...
- Aha, już wszytko rozumiem... Dlaczego do niego tyczy się to samo... Za wszelką cenę chce wrócić?
- Można tak powiedzieć.
Zadzwonił mój telefon. No nie, jeszcze tego brakowało- Simon. Powiem mu, bo później będzie, że ukrywam, że potykam się z Michałem. Ta sytuacja zaczyna mnie męczyć.
- Halo?
- Hej. O której będziesz z Felixem na spacerze?
- Około 16. Mam go odebrać od twoich rodziców?
- Tak. Przyjdę do was, bo będę miał w okolicy spotkanie.
- Ottakringerstrasse? Nie wiem, czy dobrze pamiętam adres kancelarii.
- Tak. Ok to do zobaczenia.
- Simon. Poczekaj chwilkę. Michał ma przyjść. Później ci wszystko wyjaśnię. Nie denerwuj się. Pa.
Zakończyłam szybko ten drażliwy temat. Nie chciałam się nad tym rozwodzić, w szczególności przy tej kobiecie. Siedziała już u mnie prawie trzy godziny, ale czekała niecierpliwie na koniec operacji ''przyjaciela''.
- Wydaje mi się, że gdzieś już panią widziałam.- podjęła kolejny temat.
- To chyba nie możliwe. Ja jestem z Polski, w Wiedniu jestem naprawdę nie długo.
- Z Polski? Wiem! Pani jest dziewczyną Simona Krausa!
- Ach, brukowce. Nie jestem przyzwyczajona do obecności na pierwszych stronach gazet.
- A wie pani ile kobiet się za nim ugania?  A pan sobie przyjechała z Polski i jest już pani?
- Teraz pewnie myśli pani sobie, że poleciałam na ich kasę, z resztą jak cała reszta Austrii.
- Gdyby tak było to nie pracowałby pani tutaj, nie zajmowała by się pani dzieckiem Anny i byłaby pani krnąbrną dziewczynką bez żadnych ambicji, a jest pani naprawdę inteligentną, pewną swego kobietą.
- Dziękuję.
- Nie ma za co, pójdę już, bo pewnie pani się spieszy. Może operacja zaraz się skończy. Wezmę do serca pani rady.
- Proszę być dobrej myśli. Do widzenia.
Nie uprzedziłam jej, że w szpitalu jest również żona jej kochanka, ale najwidoczniej wcale by się tym nie przejęła. Była to mądra kobieta, choć w tym momencie robiła dużą głupotę. 
Pojechałam do rodziców Simona i wzięłam małego Felixa, który zaczynał rozrabiać w niezaprzeczalnie bardzo poważnej kancelarii prawniczej. Stęskniłam się za nim. Myśl, że mogłabym już go nie zobaczyć przez moją głupotę była naprawdę dobijającą.
Pojechaliśmy do parku, gdzie chodziliśmy po alejkach. Po chwili dołączył do nas Simon, który w garniturze wyglądał naprawdę bardzo interesująco... Zaczął wygłupiać się brać Felix na ręce, podrzucać nim, a ten śmiał się jak szalony. Ktoś musiał zastąpić mu jego ojca, który okazał się zwykłym dupkiem. Mimo wszystko Anna naprawdę świetnie sobie radziła. Simon także wzorowo zajmował się małym. Kiedy tylko pojawiał się w pobliżu Felixowi aż oczy się świeciły.
- To teraz możemy porozmawiać?- usłyszeliśmy za sobą głos Michała.
- Nie możesz jej w końcu zostawić w spokoju?- zapytał zdenerwowany Simon trzymający na rękach chłopca.
- Nie. Ona nie jest twoją własnością.- oczywiście on zawsze musi się kłócić.
- Owszem, nie jest, ale jest ze mną, a ty w końcu się z tym pogódź.- dodał dużo spokojniej mój mężczyzna.
- Sorry, przyszedłem was przeprosić. Zachowałem się jak debil. Naprawdę nie wiem, chyba za dużo wtedy wypiłem.
- Michał... Jaki ma to sens kiedy ty tak gadasz, a potem znów robisz to samo. Z resztą, obaj zaczynacie mnie wkurzać. Ty,- zwróciłam się do Michała- nie rozumiesz, że między nami wszystko skończone,- potem przeniosłam wzrok na Simona- a ty, nie rozumiesz, że Cię kocham i nikt poza tobą się dla mnie nie liczy. Jak macie zamiar nadal się kłócić to proszę bardzo, możecie tu zostać, ale ja teraz idę zaprowadzić Felixa do domu.
- Poczekaj, ja też pójdę.- zatrzymał mnie Simon.
- To do zobaczenia.- zawahał się Michał.- Mam nadzieję....
- Przestań. Ja chcę, żebyś był obecny w moim życiu, bo jesteś moim przyjacielem, ale chcę też, żebyś zrozumiał, że między nami nic więcej nie będzie, bo widocznie nie byliśmy sobie pisani. Do zobaczenia.
Odeszliśmy i zostawiliśmy go samego. Dziwiłam się sobie, że to powiedziałam, ale to była po prostu szczera prawda.
- Co zrobisz ze studiami?- zagadnął Simon, kiedy siedzieliśmy już w domu.
- Nie rozumiem twojego pytania.
- Skorzystasz ze stypendium na Stanford?
- Nie myślę o tym.
- Jak to 'nie mylę'? Dlaczego?
- Bo to i tak do niczego nie po prowadzi. Sama na pewno tego nie zadecyduje. Wszyscy każecie mi jechać, a czy ktoś wziął pod uwagę, że to nie jest cholerne kilkaset kilometrów tylko to jest druga półkula?! Nie wiem, czy zniosę to kolejne rozstanie z wami. Bo to przestaje się robić łatwe.
- Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.-przytulił mnie i pocałował we włosy.- Ale przecież poradzimy sobie. Pomyl jaka to dla ciebie szansa. Obiecuję, że będę przyjeżdżał do ciebie kiedy tylko będę mógł.
- Odłóżmy tę rozmowę na później. Mamy jeszcze trochę czasu.
- Ok, ale wtedy powiesz mi już co zdecydowałaś?
- Dobrze.
Wiedziałam co zadecyduję. Wiedziałam, że tym razem to ja zdecyduję. Wcale nie chcę tam jechać, chcę być tutaj. Przy Simonie, Felixie, Annie, głupie 700 kilometrów od paczki i mamy. Już przestała się dla mnie liczyć wyłącznie kariera. To oni byli najważniejsi. Tylko oni...

,,Kiedy widzisz dob­re­go człowieka, sta­raj się go naśla­dować. Kiedy widzisz złego człowieka, zas­tanów się nad sa­mym sobą. ''



05 czerwca 2012

Rozdział 22.

Cholera. Simon do tej pory się do mnie nie odezwał, nie odbiera telefonów, nie odpisuje na SMS-y. Kursy już się zaczęły i nie miałam za bardzo czasu o tym rozmyślać, chociaż w każdej wolnej chwili nie miałam w głowie nic innego.
- Cześć, jestem Charlie. Widziałem Cię na kursie.- podszedł do mnie jeden z prowadzących.
- Hej, jestem Gosia. Tak,ciekawie mówiłeś.
- Skąd jesteś?
- Z Polski. Ty jesteś stąd?
- Teoretycznie tak. Jestem z USA, ale nie ze Stanford. Pochodzę z San Diego.
- Wow. San Diego, piękne miasto.
- Tak, jest naprawdę cudowne. Byłaś tam?
- Nie ale widziałam wiele zdjęć.
- To nie to samo. Musisz to zobaczyć na żywo.
- Może kiedyś będę miała okazję.
- Może... Zaczynasz studia tutaj ?
- Trzy lata mam już za sobą, ale nie na Stanford. Nie wiem jeszcze, czy zacznę studia tu, czy zostanę na poprzedniej uczelni.
- Aha, rozumiem. To dość droga uczelnia, a poza tym jest naprawdę ciężko.
- Nie chodzi o kasę. Po prostu za oceanem zostawiłam dużo spraw, które są warte mojego powrotu.
- No to masz jeszcze trochę czasu na zastanowienie.- uśmiechnął się.
- Ile przerwy nam jeszcze zostało?
- Ok. 15 minut, przeszkadzam?
- Nie, nie. Tylko, chciałabym zadzwonić, więc muszę cię na chwilę przeprosić.
- Ok, nie ma sprawy, może zobaczymy się później?
- Może...
Odeszłam i wybrałam numer Simona. Nie odebrał. Znowu. Bałam się, jak cholera, że ta bezsensowna nie jednoznaczna sytuacja z Michałem dla niego naprawdę wydawała się zdradą. A ja już myślałam, że Simon i Michał naprawdę zaczęli się dogadywać, myślałam, że Simon nie jest już zazdrosny, chyba jednak się pomyliłam. Nie miałam siły o tym myśleć, ale nie przestawałam próbować skontaktować się z Simonem, niestety cały czas na próżno.
Właśnie wsiadałam do samolotu w Nowym Jorku, gdzie miałam przesiadkę. Strasznie męcząca podróż, ale musiałam jakoś wytrwać. Na lotnisku miała czekać na mnie ekipa, na szczęście poza Michałem, który wrócił już do Londynu. W trakcie lotu, wtedy kiedy nie spała, planowałam sobie w myślach nasze spotkanie. Było to dla nas wszystkich ważne.
Wysiadłam, zobaczyłam ich. Stali tam wszyscy, nie było Simona, zamarłam. Podeszłam do nich. Przywitałam się.
- Gosia...-zaczął Kacper- właśnie dowiedzieliśmy się, że... twój tata zmarł.- wypowiedział te słowa i wszyscy skupili na mnie wzrok. Nie dotarły do mnie jego słowa. W ogóle nie chciałam ich do siebie dopuścić. Kacper podszedł do mnie i przytulił mnie a ja zaczęłam płakać. Nie chciałam robić scen w miejscu publicznym, łzy leciały mi po policzkach jak szalone. Wyszliśmy z budynku i poszliśmy na parking Kamil, który niósł moje bagaże zapakował je do bagażnika swojego samochodu Aga i Kacper usiedli ze mną z tyłu. Marta, zważając na jej obecny stan usiadła z przodu, żeby było jej wygodniej.
Płakałam, cały czas. Nie umiałam przestać. Nie umiałam się z tym pogodzić. Zapytałam tylko jak do tego doszło. Kacper wyjaśnił mi, że rozmawiał z moją mamą i powiedziała, że to był nagły zawał. Zapytałam jeszcze gdzie jest Simona, powiedzieli, że pojechał tam od razu, żeby ktoś był przy mojej mamie.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce od razu można było poczuć ponurą atmosferą. Weszłam do domu i od razu rzuciłam się mamie w ramiona. Ta, mocno mnie przytuliła i wyszeptała, że będzie dobrze. Podziwiałam jej stoicki spokój w takiej sytuacji. Sama też powinnam się ogarnąć w końcu w szpitalu tak często mam do czynienia ze śmiercią, ale w końcu to nie to samo. Mama od razu powiedziała, że musi wyjść pozałatwiać ważne sprawy. Chciałam iść z nią, ale kazała mi zostać. Może to i dobrze, chyba byłam zbyt roztrzęsiona, żeby gdziekolwiek iść. Cała ekipa też powiedziała, że muszą się przejść żeby odreagować. Został ze mną Simon. Przytulił mnie do siebie mocno, poczułam się bezpieczna, poczułam, że znów jestem w ramionach kogoś, kogo kocham.
Na pogrzebie starałam się aż tak nie pokazywać emocji. Było bardzo dużo ludzi, prawie całe miasto. Miałam przy sobie wsparcie ekipy, Simona, mamy, która naprawdę dzielnie to wszystko znosiła.
Przez te kilka dni, od mojego powrotu nie jadałam prawie nic. Ciągle tylko płakałam i leżałam w łóżku. Po pogrzebie wszyscy rozjechali się- ekipa, rodzina. Został tylko Simon, który wspierał mnie i mamę. Był naprawdę kochany, ale wiedziałam, że jest zraniony. Kiedy widział, że płaczę przychodził do mnie przytulał, całował, ale widocznie starał się mnie unikać. Pewnego razu nawet powiedział, że musi to wszystko przemyśleć. Po tych kilku dniach spędzonych tutaj uznałam, że dłużej tak nie mogę, że nie wytrzymam tu, bo wszytko przypomina mi tatę. Postanowiłam, że wezmę mamę i pojedziemy do Warszawy. Kiedy przedstawiłam jej ten pomysł, nie zgodziła się. Kazała mi i Simonowi jechać, zostawić ją samą. Twierdziła, że świetnie da sobie radę. Na początku się wahałam, ale widziałam, że naprawdę nieźle sobie radzi w tej sytuacji, w przeciwieństwie do mnie. Zapytałam Simona, czy zechce wrócić ze mną do Warszawy. Ten zgodził się.
W moim mieszkaniu wcale nie było mi lepiej. Cały czas myślałam o ojcu i o Simonie na zmianę. Bałam się, że przez głupotę Michała mogę go stracić. Chociaż, ja też nie byłam bez winy. Nie powinnam w ogóle doprowadzić do takiej sytuacji. Simon poprosił żebym dała mu trochę czasu, bo musiał sobie to wszystko poukładać. Zgodziłam się, bo chyba nie miałam innego wyjścia. Próbowałam z nim rozmawiać, ale on ciągle miał jakieś wymówki. Teraz na przykład kiedy zaczęłam temat powiedział, że musi wyjść do sklepu, bo nie ma nic do jedzenia. Zostałam więc sama. Zadzwonił do mnie lekarz z przychodni w moim rodzinnym mieście. Przed wyjazdem do Austrii często kontaktowałam się z nim w sprawie rodziców, czy jakichś porad dotyczących studiów. Znałam go od dziecka i miałam do niego pełne zaufanie. Był doświadczonym lekarzem, miał mniej więcej tyle lat co moi rodzice. Byli dobrymi przyjaciółmi.
- Cześć Gosiu, nie przeszkadzam?- zapytał na powitanie.
- Dzień dobry, nie nie. O co chodzi?
- Jesteś może u nas w mieście?
- Nie, wróciłam już do Warszawy, a czy coś się stało?- zapytałam z lekkim niepokojem.
- Chciałbym ci powiedzieć pewną rzecz, którą zataili przed tobą rodzice, a raczej powinnaś to wiedzieć.
- Słucham, prosze mówić.
- Twój ojciec, miał raka mózgu. Nie mogłem ci powiedzieć wcześniej, bo nie życzyli sobie tego. Chcieli sami ci powiedzieć, niestety nie zdążyli.- kiedy usłyszałam te słowa łzy ponownie napłynęły mi do oczu. Jak mogli mi o tym nie mówić! Znalazłabym najlepszych lekarzy. Tata byłby pod profesjonalną opieką, nic by mu się nie stało. Dlaczego nic nie zauważyłam.?!
- Gosiu jesteś tam?- zapytał doktor po chwili ciszy.
- Tak, przepraszam. Dziękuję z informację. Odezwę się do Pana. Do widzenia.- Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na łóżko. To była moja wina. Jak mogłam tego nie zauważyć. Dobry lekarz na pewno widziałby, że coś jest nie tak. Nie nadaję się do tego. Pozwoliłam mojemu ojcu umrzeć. Wstałam poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Byłam cała zapłakana. Nie mogłam na siebie patrzeń. Wzięłam lustro do moich trzęsących się rąk i cisnęłam nim po podłogę. Roztrzaskało się na miliony kawałków.
Usiadłam między tymi odłamkami i ryczałam jak małe dziecko. Wstałam wyjęłam z apteczki pierwsze tabletki jakie wpadły mi pod rękę. Poszłam do barku i wyciągnęłam Jacka Danielsa. Wróciłam na moje miejsce w łazience. Wysypałam na dłoń całą zawartość pudełeczka, które wzięłam z apteczki. Wzięłam je do ust i popiłam dużym łykiem whisky. Będąc jeszcze w jakiejkolwiek świadomości wzięłam do ręki jeden kawałek rozbitego lustra, przejechałam sobie nim po nadgarstku wydając przy tym okrzyk tłumiony utratą przytomności. Po nadgarstku, potem dłoni poleciała stróżka krwi. Napawałam się tym widokiem, chciałam umrzeć. Chciałam zajść z tego świata, nic więcej nie poczuć, pożegnać wszystkich.
Resztki działania moich zmysłów zdołały usłyszeć klucz przekręcany w zamku i krzyk rozpaczy Simona kiedy mnie znalazł. Zaczął do mnie mówić, ale ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. Łzy leciały mu po policzkach coraz mocniej. Zaczęłam żałować tego co zrobiłam widząc jego rozpacz. Traciłam przytomność z każdą chwilą. Ciągle jeszcze jak przez mgłę widziałam co się dzieje. Byłam świadoma chociaż trochę.  Chciałam przez ostatnie chwile mojego życia po napawać się jego widokiem. Chciałam, żeby on był ostatnim kogo zobaczę. Nie miałam poczucia czasu, ale kiedy resztki moich zmysłów zaczęły być na wyczerpaniu zdążyłam dostrzec kolejne osoby które weszły do mieszkania. Skończyło się. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, nie wiedziałam co się ze mną stanie.Nie czułam nic.
Chyba przeżyłam, chyba znów zaczęłam coś czuć. Był to wielki, palący po całym ciele ból. Próbowałam krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszał, nie mogłam wydać z siebie głosu. Chciałam przeżyć, chciałam żyć dla niego, chciałam starać się ze wszystkich sił, aby nie zrobić mu krzywdy, aby nie spowodować, by był nie szczęśliwy, chociaż chyba było już za późno.
***
Co ja zrobiłem?! Jak mogłem do tego doprowadzić?! To wszystko moja wina. Gdyby nie moja głupia nieufność ona by teraz tam nie leżała. Byłaby tu ze mną, nie leżałaby za tą pieprzoną szybą walcząc o życie. Nawet nie mogę do niej wejść. Cały czas kręcą się tam lekarze, chyba coś jest nie tak. Ona nie może odejść, ona musi żyć, kiedy jej zabraknie dla mnie też nie będzie już tutaj miejsca. Życie bez niej nie będzie nic warte. 
- Panie doktorze, będzie dobrze?- zapytałem lekarza, który wyszedł właśnie z oiomu.
- A czy Pan jest kimś z rodziny?
- Ja jestem jej narzeczonym. Proszę mi powiedzieć.
- No dobrze. Pan ją znalazł tak? Gdyby stało się to trochę później to nie byłoby żadnych szans. Teraz jest w ciężkim stanie. Ta noc będzie decydowała o tym, czy przeżyje. Proszę mieć nadzieję. 
- Ale uważa Pan, że będzie dobrze?- zapytałem łamiącym głosem. 
- Uważam, że jest bardzo silna i ma dla kogo walczyć. Czas pokaże. Przepraszam spieszę się do innych pacjentów. Proszę być dobrej myśli. 
Byłem załamany. W głosie lekarze nie było żadnej nadziei. Mówił to tak, jakby nie widział cienia szansy. Wiem, że ona się nie podda, wiem, że będzie walczyć! 
Nic nie jest w stanie nas rozłączyć, nawet śmierć. 
Musiałem zadzwonić do ekipy, do mamy Gosi. Musiałem im wszystkim powiedzieć. Nie zadzwoniłem tylko do Michała. Nie miał prawa wiedzieć. Nie miał prawa, być świadkiem tego co się tu dzieje. Nie był na pogrzebie ojca Gosi, nie jest obecny w jej życiu. Kiedy tylko się pojawia chce wszystko zepsuć. Wszytko! 
Szczerze nienawidziłem tego drania. To przez niego moja Gosia tam leżała. To przez niego musiała teraz walczyć o życie. Po raz kolejny. 
-Cholera!- zakląłem pod nosem. 
Może to wcale nie była jego wina. Może to ja byłem przyczyną tego wszystkiego. Jego przecież tu nie było. Ja ciągle musiałem czegoś dociekać, utwierdzać się w tej miłości. To ja byłem tak chorobliwie zazdrosny. 
Mijały kolejne godziny. Około północy przyszedł lekarz. Pozwolił zostać mi i mamie Gosi. Resztę wysłał do domu. Sami wcześniej nalegaliśmy żeby pojechali bo bez sensu było siedzenie tutaj. Poszedłem odprowadzić ich do drzwi, chciałem z nimi pogadać. 
- Posłuchajcie, przepraszam Was. Dobrze wiem, że to moja wina. Gdyby nie ja ona by tam nie leżała. Obiecuję Wam, że kiedy tylko będę wiedział, że jest bezpieczna usunę się. Usunę się z jej życia, żebym nigdy więcej nie mógł doprowadzić je do takiego stanu.- ciągnąłem, ale Kamil mi przerwał.
- Simon, przestań pieprzyć. To nie twoja wina, tylko wina Michała. Poza tym Gośka była tak zżyta z ojcem, że mogła tego nie wytrzymać. Jest silna. Wytrzyma. A ty tylko spróbuj ją zostawić, to będziesz miał ze mną do czynienia.- pozostali zachichotali.
- Kamil ma rację, nie gadaj głupot. Gośka nigdy nikogo tak nie kochała jak ciebie i ta miłość jej dodaje siły. Nie jestem ci w stanie powiedzieć dlaczego to zrobiła, ale jestem pewna, że bez Ciebie nie wyjdzie z tego.- dodała Marta i przytuliła mnie.- No już, wracaj tam. Wspieraj ją. Przyjedziemy jutro rano.
- Trzymajcie się.
- To ty się trzymaj.- pożegnał mnie Kacper i wyszli.
Muszę przyznać, że naprawdę dodali mi otuchy. Podszedłem do mamy Gosi. Dziwiłem się ile ta kobieta ma w sobie nerwów, że wytrzymuje to wszystko. Podziwiałem ją.
Lekarz ponownie przyszedł. Sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Kiedy wyszedł powiedział, że możemy do niej wejść na chwilę. Pani Wierzbicka powiedziała, żeby wszedł pierwszy, że widzi jak ja to przeżywam.
Wszedłem. Chyba nigdy jeszcze się tak nie denerwowałem. Wolno kierowałem kroki do jej łóżka. Podszedłem, usiadłem przy łóżku. Nie mogłem na to patrzeć. Leżała tam, podłączona do jakichś urządzeń, bałem się, że coś nie zadziała, że jakaś głupia maszyna zawiedzie. To bez sensu, że życie kobiety którą kochałem zależało od jakichś maszyn!
Dotknąłem jej dłoni. Była taka jak zawsze, ciepła, delikatna. Trzymałem jej dłoń i nie chciałem puścić, nie mogłem, nie było we mnie takiej siły, która by to zrobiła. Chciałem być przy niej bez przerwy. Dotykać ją, całować, kochać się z nią, pocieszać w chwilach smutku, cieszyć się z nią w chwilach radości, po prostu przeżyć z nią całe życie. 
Poruszyła palcami, ścisnęła moją rękę. Myślałem, że mi się wydaje, ale ona to naprawdę zrobiła. W tym samym momencie wszedł lekarz. Poprosił żebym wyszedł, bo chce zbadać Gosię. Te chwile były dla mnie katorgą.
- Naprawdę nie umiem tego wytłumaczyć medycznie, ale dawno tak silnego organizmu nie widziałem. Wszystko już jest w porządku. Myślę, że rano pacjentka się wybudzi. Proszę iść do domu, bo naprawdę nie ma sensu tutaj siedzieć. Proszę przyjść rano, wtedy pani Małgosia będzie już pewnie przytomna. Dobranoc.
Zrobiliśmy tak jak poradził lekarz. W szpitalu pojawiliśmy się około 10. Gośka po wybudzeniu została przeniesiona do normalnej sali, ale kiedy przyszliśmy akurat spała. Czekałem tylko kiedy te zmysłowe usta, których była posiadaczką ułożą się w niezaprzeczalnie najpiękniejszy uśmiech na świecie, kiedy wypowiedzą jakieś słowa. Byłem skazany na czekanie. 
***
Czułam coraz więcej, zaczynała wracać mi świadomość. Otworzyłam oczy. Przyszedł lekarz. Tradycyjna formułka, czyli jak się czujesz, czy nic cię nie boli itd. Następnie musiałam odbyć pogadankę z psychiatrą. Nie należało to do tej najprzyjemniejszej części dnia, ale ocenił że nie jestem wariatką, po prostu okoliczności mnie do tego sprowokowały. Później przyszła mama. 
- Cześć, kochanie. Jak się czujesz?
- Dobrze.
- Wiedziałam, że to się tak skończy.- zaczęła na wstępie.
-Mogliście mi powiedzieć. To wszystko byłoby inaczej. Nie wytrzymałam. Widocznie jestem słaba psychicznie, za słaba na takie wydarzenia. 
- Jak my ci mieliśmy to powiedzieć? No powiedz mi jak? Tata nie chciał, on nie chciał się męczyć. Chciał odejść kiedy przyjdzie jego czas i nie przedłużać tego.
- Tak było łatwiej prawda? Łatwiej niż po prostu powiedzieć mi o tym. Jak mogłaś się na to zgodzić? 
- Nie wiem. Ja nie byłam chyba świadoma ogromów tego. 
- Mamo... tęsknię za nim. 
- Ja też. Nawet nie wiesz jak w domu jest teraz pusto. Nie mam do kogo się odezwać. 
- Poradzisz sobie. To może przeprowadź się tutaj, nie będziesz sama.
- Nie będę? A kogo ja tu znam. Zostaję tam gadzie jestem.
- Mamo, a gdzie jest Simon?- zapytałam nie pewnie.
- Chwilkę przed wyjściem lekarza zszedł na dół po kawę. Zaraz powinien tu być. 
Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i przyszedł. Mama nie chciała nam przeszkadzać i wyszła. 
- Jak się czujesz?- zaczął. Już mi się znudziła ta formułka wszystkich po kolei.
- Dobrze. 
- Lekarz powiedział, że jeśli wszystko będzie dobrze to nawet już jutro wypuszczą cię do domu.
- I bardzo dobrze, nie mam zamiaru tu leżeć. Nie usiądziesz?- zagadnęłam. Ten, wziął stołek i usiadł przy moim łóżku. Widziałam, że był zdenerwowany. Przysunął się bliżej, wziął mnie z rękę. 
- Przepraszam...- chwila milczenia, jakby bił się z myślami.- Wiem, że Cię zawiodłem. Jeśli chcesz, żebym się usunął, powiedz, zrobię to, zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa.- spuścił głowę jakby powiedział w tym momencie  najgorsze słowa w swoim życiu. Milczałam. 
- No powiedz coś- poprosił po kilku minutach ciszy. 
- Dobrze, powiem. Jak jeszcze raz będziesz gadał takie głupoty to... nie wiem co ci zrobię, ale jeśli chcesz żebym był szczęśliwa to, po porostu bądź. Przez całe życie. Bo bez Ciebie już nic nie będzie.
Podniósł głowę. Na jego twarzy po chwili zagościł tryumfalny uśmiech. Wstał, podszedł do mnie i pocałował.

,,Praw­dzi­we szczęście w życiu nie po­lega na uśmie­chach ra­dości, ale właśnie na tych mo­men­tach niepew­ności, kiedy wszys­tko może się od­wrócić, tyl­ko że nikt nie wie, w którą stronę.  ''